Z dzieckiem na rowerze – w stronę Krokusów

Muszę się Wam do czegoś przyznać – moje wycieczki z synkiem są zazwyczaj mocno spontaniczne.
Od narodzin Adasia wiele wypraw było planowanych z dnia na dzień. Tak się dobrze składa, że jestem typem człowieka, który pod presją czasu świetnie ogarnia całą logistykę. A każdy rodzic szkraba dobrze wie, że jest o czym pamiętać i o czym … zapomnieć;)

Z roku na rok pakowanie dwóch ‘człowieków’ i ‘piesa’ stawało się coraz prostsze. W końcu osiągnęłam w tym wprawę level master. Mogę śmiało powiedzieć, że dziś jest to dla mnie jak zalanie płatków śniadaniowych mlekiem.

Dlaczego o tym wspominam? Dostaję dużo zapytań o jakiś złoty środek – remedium na koszmar pakowania całego tego majdanu i organizacji wyprawy z dzieckiem. I często nie wiem co odpowiedzieć, by zadowolić Was swoimi radami.  W skrócie musiałabym rzec:

Pakujesz plecak, jakieś ciuchy na zmianę, ciepłą herbatę, obowiązkowo żelki i ruszasz w drogę.

Ale tu zazwyczaj pojawia się mnóstwo pytań:

• w jaki plecak – mały czy duży?

• jakie ciuchy na zmianę?

• herbata czarna czy owocowa? (śmiech!!!)

• żelki? skandal! psują zęby! (śmiech!!!)

• czym ruszasz w drogę? Sama autem? pociągiem? Autostopem? Na piechotę?

NEVER ENDING STORY

Otóż drodzy zainteresowani, nikt z nas nie dostał instrukcji obsługi macierzyństwa, zatem jedyne co mogę doradzać, to nauka na własnych błędach. Oczywiście najlepiej uczyć się czyichś, ale nikomu nie będę zabraniać popełniać swoich. Adaś jest moim jedynym synkiem i nie zapowiada się na razie na kolejne dzieci. Szkoda by było, żeby ta wiedza się zmarnowała, więc niech ten tekst będzie dla Was swego rodzaju zachętą do skoku na głęboką wodę wypraw rodzinnych.

2:10

2:20

2:25

To tylko budzik i dodatkowe pobudki i tak – istnieje taka godzina wbrew temu, co niektórzy myślą;)

Jest 9 kwietnia 2019r. Budzimy się w środku nocy, wschód słońca będzie kilka minut po 6. Nie wybieramy się na wschód, jednak dobrze by było dotrzeć na Polanę Chochołowską niedługo później.

Gdy już wiecie, dokąd jedziecie i co chcecie zobaczyć, należy sprawdzić czas dojazdu. Zakładam że tankujecie i dolewacie wszystkie te ważne dla auta płyny dzień wcześniej. Do tego co pokażą Wam mapy G należy doliczyć nieuniknione przerwy na „mamasiku” i na spokojne przygotowanie już na miejscu. Nerwowa atmosfera pośpiechu nie wpłynie pozytywnie na start, a jaki początek…

Półśpiącego ubranego Adasia, pakuję do auta. Od wczoraj w aucie spakowane są rzeczy, których nie chcę nosić w dniu wyjazdu: rower, krzesełko, kaski, dodatkowe rękawiczki, pompka. Generalnie na TEN dzień polecam zorganizować to tak, by wychodząc z domu zrobić to raz. Zwłaszcza jeśli mieszkacie np. na 4. piętrze bez windy;)

Nie mam bladego pojęcia co mnie czeka na miejscu. Oczywiście pogodę sprawdziłam, tylko nieznajomość trasy wzbudza jakieś obawy. A że coś tam jeżdżę na rowerze, a Polana Chochołowska to …. polana, zakładam że musi być płasko i wciągnę trasę z palcem. Zupełnie się nie przejmuję.

Droga z Żor do parkingu Witów–Siwa Polana upływa mi szybko. Adaś starał się odespać noc, ale wiadomość o milionach krokusów, które ma zobaczyć dzisiejszego ranka, skutecznie odciągnęła go od snu. Niezależnie od długości trasy dzieci zwykle zasypiają w aucie. Jeśli do tego dojdzie, pewnie nawet lepiej. Najwyżej wybudzanie zabierze trochę czasu i mogą się pojawić łezki ale to szybko mija gdy zbliża się przygoda.

Rower, krzesełko, dziecko ubrane jak na minus dwadzieścia, kaski na głowach, plecak z jedzeniem na moich plecach. Jeszcze tylko kupujemy bilet i w drogę.

Pierwsza refleksja – kurczę, czyżbym zapomniała wyciągnąć kamienie z plecaka? Albo może nogi jakieś takie z ołowiu? Dlaczego muszę non stop pedałować i już po 200m mam lekką zadyszkę? Szybko uświadamiam sobie, że choć nachylenie jest minimalne, to przez najbliższe 6km trasa biegnie non stop pod górkę!  

Kiedy mijamy turystę bez koszulki, w samych szortach (jak widać, można tak nie tylko na Babią Górę w środku zimy), zaczynam nieco szybciej pedałować. Wtedy jeszcze ta nietypowa forma „morsowania” była mi zupełnie obca i byłam pewna, że ów pan ma jakieś zamiary względem …. mnie. A Adaś, jak to na dzieci przystało, nie kryjąc zdumienia głośno mówi: MAMOOO DLACZEGO TEN PAN JEST PRAWIE GOŁY????

I w tym momencie, przywołajcie sobie scenę z bajki, o wilku i czerwonym kapturku: Żeby Cię ….
Dobra, wracamy na ziemię! Nikomu nic się nie stało i nikt nie miał złych zamiarów.

Jasny gwint!!! Czemu jest tak ciężko na tym rowerze?

Możecie się śmiać, ale czterolatek ubrany jak kosmonauta trochę waży i ten początkowy odcinek wydaje się nie mieć końca! Na szczęście Adaś na chwilę zasypia i mogę skupić się na równej pracy nóg.

Kiedy już opanowałam zadyszkę i znalazłam idealne dla siebie tempo jazdy i poczułam pełną kontrolę nad sytuacją. Jak myślicie, co wtedy usłyszałam zza pleców?

– Maaaamooooo, sikuuu! Juuużżż !!!!!

Znając życie, mam jakieś 30 sekund, zanim Adaś poczuje przez chwilę przyjemne ciepło. Ma to po mnie. Nic, nic, nic i nagle NATYCHMIAST albo będzie za późno.

Z dzieckiem w foteliku nie próbujcie opierać roweru na nóżce, bo się przewróci. Uwaga, podaję procedurę: zatrzymaj się, odepnij szelki trzymające dziecko w foteliku, wyjmij dziecko z fotelika i dopiero teraz możesz oprzeć rower na nóżce, albo rzucić go w trawę jeśli sytuacja jest podbramkowa. Potem jest już z górki. Rozpinam kombinezon, rozpinam guziczek w drugich spodniach, ściągam bieliznę termo-aktywną i po 29 sekundach mamy to 🙂 Są takie sytuacje, w których wolno Wam pomyśleć: JAK DOBRZE, ŻE TO CHŁOPAK!!!

„Akcja siku” zakończona sukcesem.

Teraz czynności wykonujemy w odwrotnej kolejności: zakładam bieliznę termo na swoje miejsce, zapinam guziczek, zasuwam kombinezon. Odkładam dziecko do krzesełka, zapinam pasy. Wsiadam na rower i ruszam. Słyszę kolejne zdanie i już mam ciarki bo pewnie chodzi o…

Mamo ….. a mogę się jeszcze zdrzemnąć?

 Ufffffffff, Wy też pomyśleliście o ‘dwójce’? Ruszam przed siebie, zostały jeszcze 3 km. Droga którą jechałam dotychczas wyglądała niczym w miarę utwardzona ścieżka w lesie, natomiast nagle zamieniła się w wyboisty szlak, z kamieniami. Sorry Adaś , ale koniec drzemki, czas rozruszać nóżki. I w tym momencie usłyszałam :

– To ja chce wracać, jestem zmęczony.

Czuję jak temperatura w moim ciele sięga 100°C. Wdech wydech, Katarzyno. Musisz teraz powiedzieć COŚ, co sprawi, że te małe nóżki przejdą teraz 300m pod górkę mimo zmęczenia.

Pytam się Adasia, czy widział kiedyś MILION fioletowych kwiatuszków w jednym miejscu. Ten MILION, z moich ust brzmi jakbym wygrała właśnie co najmniej tyle dolarów;) Musiały mi się nieźle zaświecić oczy, skoro Adaś aż podskoczył i powtórzył MILION!!! Skoro działa, ciągnę dalej swoja opowieść.

Adaś, ale ten MILION krokusów zacznie się za niedługo budzić ze snu. Ich zamknięte pączki, będą się otwierać, a fioletowe płatki, jak małe rączki będą machać w naszą stronę.

Przesadziłam z wizualizacją? Ważne, że efekt był skuteczny!

– Mamo, jedziemy zobaczyć milion machających fioletowych krokusów!

Jest taki moment na trasie, kiedy opuszczasz las i pojawiają się widoczne w oddali drewniane domki, charakterystyczne dla Polany Chochołowskiej. Z daleka widać dywan fioletowych, śpiących krokusów. Jest już ponad godzinę po wschodzie słońca, ale promienie dotrą tu dopiero za kilka chwil, by swoim ciepłem ogrzać nie milion ale miliony krokusów.

Adaś rzuca kolejnym zdaniem zza pleców:

-Mamo, nie kłamałaś, ich są miliony!

Szczęście przepełnia mnie całkowicie. Zatrzymuję się przy pierwszym domku, obok którego jest znak z opisem miejsca. Jest godzina 7:24 robię pierwsze pamiątkowe zdjęcie. Zabezpieczam rower, zabieram co potrzebne i ruszamy oznakowanym szlakiem w stronę fioletowych śpiochów.

Na miejscu rzucają mi się w oczy sławne osobistości fotograficzne, których widok mnie nie dziwi. Ten czas, kiedy rozkwitają Krokusy, to jest jeden z najbardziej MUST HAVE PHOTO moment dla każdego ceniącego się fotografa.

I teraz wchodzę ja, cała zmachana, z plecakiem wypełnionym jedzeniem po brzegi, zaspanym, ale szczęśliwym dzieckiem, jednym aparatem, jednym obiektywem i bez statywu.

Wszyscy napotkani fotografowie są uprzejmi. Opowiadam Adasiowi, co oni tu robią i Adaś po raz kolejny nie kryje szczerości :

– Mamo, ty też jesteś fotografem, więc rób zdjęcia.

Przyciągam na siebie kilka spojrzeń perfekcyjnie przygotowanych „kolegów po fachu”, którzy z uśmiechem witają Nas i wracają do swoich zajęć.

A my? Nieśpiesznie podziwiamy fioletowy dywan. Siadamy na kamyczku i pałaszujemy żelki, przyglądając się i łapiąc spontanicznie kilka krokusowych kadrów.

Proszę Adasia, aby w żadnym wypadku nie deptał kwiatuszków, gdyż one są pod ochroną. Wszystkie krokusowe ścieżki po których można spacerować są szczegółowo zaznaczone i opisane.

Gdzieniegdzie zalega śnieg, który zachęca Adasia do bitwy na śnieżki. Robi się coraz cieplej, siadamy na drewnianych ławach i wyciągamy drugie śniadanie. Bułka i kotlety z kurczaka to smak moich górskich wycieczek z rodzicami. Tym razem nie mogło być inaczej. Wszystko smakuje dwa razy bardziej i znika, dwa razy szybciej. A jaka pyszna jest herbata z termosu!

Czas spędzony wśród krokusów mija nam szybko. Spacerowaliśmy tylko w okolicy schroniska oraz wytyczonymi ścieżkami. I tak zleciały nam dwie godziny w tym miejscu.

Czas wracać.

Czuję zmęczenie zarwanej nocy. Adaś wydaje się być nakręcony. Biega, chce robić zdjęcia. Kuca na tyle blisko krokusów, aby móc zobaczyć co jest w środku.

Jego widok – rekompensuje cały trud i zmęczenie tej wyprawy.

Jak widać, sprawa jest bardzo prosta. Wystarczy chcieć. Paradoksalnie wszelkie ewentualne niedociągnięcia organizacyjne mogą się zmienić w przygodę, która zrobi nam cały wyjazd. Nie bójcie się próbować. Dzieci będą Wam wdzięczne i będą długo pamiętać te wyprawy. Tak samo jak ja zapamiętałam np. smak tych kotletów;)

Życzę Wam samych niezapomnianych wycieczek. Jeśli chcecie podzielić się z nami swoimi, zapraszamy do podzielenia się Waszymi historiami w komentarzu!



Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *